Każdego dnia kreujemy kolorową rzeczywistość. Dziś widzisz markę ze spójną wizją, nad którą pracuje grupa pasjonatów. Pasję mieliśmy od zawsze, ale zanim doszliśmy tu, gdzie jesteśmy dzisiaj, pokonaliśmy wiele zakrętów. Zaczynaliśmy od zera, czasami los nam nie sprzyjał, innym razem brak doświadczenia sprowadzał do parteru. Wszystko jest jednak po coś, więc odrabialiśmy lekcję i szliśmy do przodu. Zapraszamy Cię na podróż w przeszłość! Mamy Ci sporo do opowiedzenia :)


MARZYCIELE NA ETACIE

„Było nas trzech, w każdym z nas inna krew...” Nie no, żartujemy – ale początek historii się zgadza, bo naprawdę było nas trzech – dwóch Wojtków i Norbert. Kiedy byliśmy na studiach, chwytaliśmy się różnych zajęć, podróżowaliśmy i oczywiście nie mieliśmy jeszcze pomysłu na siebie. Najpierw była obsługa hurtowni – mieliśmy im robić marketing, ale to zlecenie nie doszło do skutku. Później, pracując na etatach w hurtowni elektrycznej, myśleliśmy po cichu o swoim biznesie. Kto na początku nie roznosił ulotek, nie zaczynał od zamiatania podłogi i nie ubrudził rąk na zmywaku? Dokładnie, od czegoś trzeba zacząć. Nie wiedzieliśmy jeszcze, czym ma być to COŚ, ale miało być nasze. Tuż pod nosem zaważyliśmy swoją szansę: hurtownię skarpet. Własna marka skarpet – brzmi dobrze! Jak na początkujących biznesmenów przystało, zaczęliśmy od najważniejszego: wyboru nazwy. Spotkaliśmy się w pizzerii, każdy z nas miał ze sobą listę propozycji. Wybraliśmy jedną z nich, na którą dziś patrzysz – Nessi. Wtedy przeszło nam przez myśl, że przyjemnie byłoby mieć kiedyś t-shirty z tą nazwą na piersi. Mając po 500 zł kapitału zakładowego w kieszeni, zaczęliśmy realizować swoje marzenia.


BORDOWA KANAPA

Nie myśl, że na niej usiedliśmy! To były pokręcone czasy i kanapa była... naszym studiem fotograficznym :) Gdzieś w czeluściach biurek nadal mamy TĘ PIERWSZĄ skarpetę z 2007 roku. Zrobiliśmy jej zdjęcia na wspomnianej kanapie w domu Norberta. Zadowoleni z efektu wrzuciliśmy aukcję na Allegro i bardzo szybko ktoś kliknął KUP TERAZ! Wyobraź sobie, że nasza radość nie trwała długo. Komentarz pierwszego klienta nie napawał optymizmem... Towar co prawda był w porządku, „jakość bdb". Co z tego, kiedy przesyłka za pobraniem była droższa niż zaznaczyliśmy w aukcji, a my nie mieliśmy o tym pojęcia? Przyjęliśmy na klatę swoją pomyłkę. Wierzymy, że wszystko jest po coś. Zrozumieliśmy wtedy, że musimy pracować nad obsługą, odrobiliśmy lekcje. Dbałość o klienta jest wartością, której trzymamy się do dziś.


REKINY GIEŁDY

Znajdowaliśmy wciąż nowe sposoby, by utrzymać markę, zdobywaliśmy doświadczenia. Stworzyliśmy w tamtym czasie getry piłkarskie i szukaliśmy nowych form dystrybucji. Wciąż mieliśmy uszy i oczy otwarte na to, co dzieje się wokół nas. I wtedy dostaliśmy od znajomego cynk, że fajnie handluje się na giełdzie towarowej i można nieźle zarobić. Szczerze – myśleliśmy po cichu, że zawojujemy świat. Załadowaliśmy czerwonego Opla Astrę do pełna skarpetami i getrami wziętymi w komis. Czerwona strzała mknęła do celu. Na miejscu okazało się, że trzeba mieć wykupione miejsce, o czym nie mieliśmy jako totalne świeżaki pojęcia. Znalezienie odpowiedniej osoby, dopełnienie formalności i papierkologia zajęły nam pół dnia. Uff, w końcu udało się wywalczyć miejsce i rozłożyć niewielki stolik turystyczny. Nasze skarpety kosztowały wtedy 9,20 zł za parę. Naprzeciwko nas rozłożył się pan, który sprzedawał w tej cenie 10 par skarpet z Chin. Po dniu pracy zarobiliśmy na 3 hamburgery i paliwo. Nie chcieliśmy tak działać, to nie była nasza bajka. Postawiliśmy na dalszy rozwój w internecie, zadbaliśmy o lepsze foty na Allegro. Feedback był pozytywny, ale pieniędzy było tylko tyle, by opłacić biznes. Kupiliśmy pierwszy komputer – jeden dla wszystkich, na raty. To były zupełnie inne czasy.

„Kiedy kupiliśmy laptopa, zabierałem go do domu – pilnowałem sprzedaży i odpisywałem na e-maile. Miałem wtedy system notesików i kolorowych naklejek, a zamówienia i adres przepisywałem ręcznie. E-mailami zajmują się dziś Gosia i Aneta, ale sklep mam nadal pod kontrolą.” – Norbert Sztandera, współwłaściciel Nessi.

Szukaliśmy nowych źródeł dochodu, żeby utrzymać nasze Nessi. Po drodze zaliczyliśmy krótką przygodę z handlem telefonami. Zainwestowaliśmy w nie wszystkie pieniądze z debetu, sprzedaliśmy 20 sztuk, które niestety – jako chiński produkt – nie miały polskiego menu. Chybiona inwestycja sprawiła, że ze zdwojoną siłą wróciliśmy do bezpośredniego wsparcia naszego brandu: stworzyliśmy skarpety narciarskie, rowerowe, nordic walking. I wtedy w naszym tunelu zaświeciło światełko.


WSPARCIE ZZA GRANICY

Światełko w tunelu zamigotało z zupełnie nieoczekiwanej strony. Pojawił się kontrahent – na potrzeby naszej opowieści nazwijmy go Hansem :) Hans zaczął kupować od nas spore ilości towaru. Idący za tym zastrzyk gotówki pozwolił nam na rozwój. To była nasza pierwsza sprzedaż w euro! Postanowiliśmy pisać naszą historię – założyliśmy biuro, zainwestowaliśmy w sklep internetowy. Choć początki nie były proste, zdecydowaliśmy, że w końcu stawiamy na własną działalność. Wtedy Wojciech postanowił iść swoją ścieżką i zostaliśmy we dwóch.

Dowiedzieliśmy się, że w Niemczech można kupować markową odzież ze stocków. Zdecydowaliśmy się na kolejną inwestycję. Każdy z nas zabrał ze sobą 10000 zł, wynajęliśmy Renault Kangoo i ruszyliśmy na podbój Hamburga. Rzeczy które kupiliśmy, sprzedawaliśmy na Allegro. Hans w nas inwestował i dzieliliśmy się zyskami. Ale i ten pomysł nie okazał się strzałem w dziesiątkę. Przez chwilę byliśmy też dystrybutorem marki sportowej, jednak współpraca z zespołami również nie spełniła naszych oczekiwań. Dlaczego? Po prostu nie płaciły za towar – widywaliśmy lepsze modele biznesowe ;)


CZARNO TO WIDZĘ

Doszliśmy do wniosku, że potrzebny jest nam sklep i wracamy do Internetu tak, jak zakładaliśmy na początku. Stronę internetową już mieliśmy, tylko nigdy z niej nie korzystaliśmy. Kupiliśmy więc silnik i wzięliśmy się do roboty. Wymyśliliśmy, że chcemy sprzedawać bieliznę termoaktywną, bo nikt tego nie robi i widzimy w tym szansę. Szybko umówiliśmy się na spotkanie w firmie Brugi, którą – nie zgadniesz – mieliśmy pod nosem. Szybko sprzedaliśmy cały magazyn, trzeba było domawiać towar z Włoch.

Wszystko szło świetnie i poczuliśmy w sobie moc, że to fajny biznes do zrobienia, że dobrze się w tym czujemy. Latem 2010 roku pojechaliśmy na kontraktację – zamawiało się towar na zimę. Wybraliśmy to, co nam się podobało i byliśmy pełni dobrych myśli. Przenieśliśmy się do nowej siedziby, by otworzyć niewielki sklep, gdzie klienci na miejscu zobaczą towar. Nasz magazyn 20m2 nie udźwignąłby tej wizji ;) I wtedy nadeszła szara rzeczywistość – dosłownie! Okazało się, że naszego towaru nie będzie. Wyprodukowano tylko to, na co było najwięcej zamówień: czerń, niebieski i czerwony. Zgadnij, co my zamówiliśmy! Seledyn, kratki, wzory, zwariowany misz-masz. Kiedy kolekcja jesień/zima wystartowała, wszyscy od razu zaoferowali promocyjne ceny. To była katastrofa, bo żeby ktokolwiek u nas kupił, my także musieliśmy obniżyć pułap cen. Straciliśmy wtedy i pieniądze, i zapał do takich pomysłów. Przyznaj, że i tak byliśmy wytrwali!


KOLEJNA LEKCJA

Zrobiliśmy pierwszą kolekcję. Bokserki, koszulkę bluzę, czapkę. Zgodnie z tym, co już wiesz i z możliwościami, jakie wtedy mieliśmy, wszystko było czarne i szare. Farbowanie tkanin było dla nas zbyt drogie. Choć wiedzieliśmy, że mamy niespotykaną jakość i świetne pomysły, zrozumieliśmy jeszcze coś. Nikt nie chce odzieży, która wygląda na pierwszy rzut oka tak samo jak ta z dyskontu: „Hej, przecież to jest czarne, i to jest czarne, wygląda tak samo. Wybieram tańsze, nie dam się zrobić w bambuko!” ;) Wszyscy wrzucali nas do tego samego worka. Musieliśmy znaleźć sposób, by nasza odzież była kolorowa i wyróżniała się tak, jak tego chcieliśmy! Daliśmy się namówić na zafarbowanie materiału, ale panterka którą wtedy dostaliśmy... hmm – to był co najwyżej wyliniały kocur :D Próbowaliśmy dalej, założyliśmy konto na Facebooku. Podekscytowani startem szybko zostaliśmy postawieni do pionu, bo pruły się szwy, towar trzeba było odesłać. Wszystko, co dzisiaj robimy, jest efektem tamtych potknięć. Nauka wyciągnięta, trzeba otrzepać się i iść dalej!


W STRONĘ SŁOŃCA

Zaczęliśmy pracować z Grzegorzem, którego znaliśmy z podstawówki. Pojawiły się autorskie projekty, spójne z naszą wizją. Cieszyła nas świeżość wnoszona przez serwisy społecznościowe. Wciąż pracowaliśmy nad jakością i innowacjami, by wszystko było zgodne z naszymi oczekiwaniami. Wymyśliliśmy strategię marki, reklamy w prasie, znajdowaliśmy influencerów. Stworzyliśmy wtedy bieliznę termoaktywną i mamy dla Ciebie ciekawostkę. Ta bielizna powstaje w ten sam sposób do dziś!

Były również momenty załamania. Potężnych problemów doświadczyliśmy w 2015 roku. Wzory były nietrafione, a ich prezentacja – nieodpowiednia. Modelka, która miała zostać twarzą kolekcji, na żywo wygląda zupełnie inaczej, niż w portfolio. Jak inna osoba.

„To był trudny moment. Z tej nieudanej sesji ciężko było nam coś wyciągnąć. Nie mogliśmy sobie też pozwolić na powtórzenie zdjęć z inną modelką – po prostu nie mieliśmy na to środków. To lekcja, którą zapamiętaliśmy na zawsze. Nauczyła nas, by zawsze stawiać na profesjonalistów” – Wojciech Izbicki, współwłaściciel Nessi.


PRZYGODA ŻYCIA

Mieliśmy wtedy sporo szczęścia i dobrych ludzi wokół. To oni nam pomogli dobrym słowem, radami, finansowo – i jesteśmy im za to wdzięczni. A kiedy nadszedł 2017 rok, po burzy wyszło słońce. Do teamu dołączyła Żaneta, a firma rozwinęła skrzydła.

„Wtedy pojawił się mój pierwszy autorski wzór Dragonfly, który został bardzo fajnie przyjęty. Przygoda z projektowaniem dla Nessi pochłonęła mnie bez reszty, znalazłam się w swoim żywiole. Właściwie to nie tylko praca, ale moje ulubione hobby. To przygoda, cudowni ludzie i klientki, na które zawsze można liczyć” – Żaneta Adamus, odpowiedzialna za kreatywną twarz marki.

Kolekcje zaczęły wyglądać spójnie, a wzory – zgodnie z naszymi wyobrażeniami. Pierwsza profesjonalna sesja zdjęciowa, coraz większe grono fanek, a dla nas – etap jakości i designu. 2018 rok to pierwszy profesjonalny filmik promocyjny, sesja w RPA. Wszystko, co mamy dzisiaj, zawdzięczamy działaniom ostatnich 5 lat. W 2020 rok weszliśmy z linią Casual, rozwijamy swoje kolekcje, mamy coraz więcej produktów, a niektóre z nich zyskały miano kultowych. Dzisiaj nie ma przypadku, a produkty przechodzą specjalistyczne badania wytrzymałości. Skupiamy się na każdym detalu. Od metki do zamka wszystko ma sznyt Nessi – jakość, design, autorskie projekty.

Nessi to przygoda naszego życia! Myślisz, że to górnolotne? Może tak, ale prawdziwe. Często płyniemy pod prąd, poza głównym nurtem i sami wytyczamy nowe szlaki. Mamy kilka celów, które już majaczą na horyzoncie. Będziemy uparcie do nich dążyć nawet, jeśli czeka gdzieś na nas stado piranii albo bezludna wyspa :) Byliśmy już w magicznej dżungli, nocnym lesie, na mozaikowej łące. Widzieliśmy fioletową panterę i żabiego księcia. Kto wie, w jaką podróż wyruszymy jutro? Bądź wtedy z nami!