Wywiad z Sylwią Jabłońską: Coś takiego nawet mi się nie śniło…

Z zawodu jest nauczycielką wychowania fizycznego. Od najmłodszych lat uwielbiała w-f i tak zostało. Wszystko, co robi, łączy się ze sportem. Jest pełna pasji, ciepła i skromna, a jej wyniki robią niesamowite wrażenie – Bieg Wierchami, Tatra Sky Marathon, Chudy Wawrzyniec, Półmaraton Marzanny to jej ostatnie starty. Już za kilka godzin czeka ją Piwniczna-Zdrój! Przeczytajcie wywiad z Sylwią Jabłońską.

Marta Szałaśna: Czy wystarcza Ci czasu na coś jeszcze poza sportem?

Sylwia Jabłońska: Lubię czytać, żeby trochę się oderwać i wyciszyć. Dawniej lubiłam rysować i robiłam to często, gdzieś mam jeszcze zakopane stare prace.

Aktywność jest obecna w Twoim życiu na co dzień – czy udaje Ci się też zmotywować rodzinę?

Moje bliźniaczki chodzą do klasy sportowej, bo zawsze lubiły aktywność. Pomyślałam, że będą wracać do domu bardziej zmęczone ;) Mam też starszą córkę i wszystkie dziewczynki biorą udział w biegach. Lubimy aktywnie spędzać czas, a z mężem uwielbiamy góry.

Kiedy dziewczynki były małe, nie spoczęłaś na laurach. Także wtedy byłaś aktywna i znalazłaś swoją przestrzeń.

Bliźniaczki miały po 1.5 roku, a ja nie miałam nikogo do pomocy, bo reszta rodziny była daleko. Wpadłam na pomysł, że muszę się wyżyć, zrobić coś dla siebie i postanowiłam, że to będzie kurs instruktora fitness. Po ciążach chodziłam do pobliskiego klubu fitness, który zrobił nabór na instruktorów. Nie mam słuchu muzycznego, ale nie chodziło mi o muzykę, tylko o to, by się zmęczyć i wrócić do domu psychicznie wypoczętą. Było ciężko, bo kiedy zrobiłam kurs i prowadziłam już zajęcia, wracałam do domu około 22.30. To był intensywny czas i nie wiem jak wtedy funkcjonowałam! Po powrocie lubiłam przebiec jeszcze 10 km po osiedlu, ale nie było szans na poważny trening, by przygotować się do zawodów. Później przyszły szkolne obowiązki, więc po 4 latach zrezygnowałam z bycia trenerką. Ale ten czas dużo mi dał i pomógł w ogólnorozwojowych przygotowaniach.

A kiedy zaczęłaś biegać na poważnie?

Biegałam zawsze! Pochodzę z małej miejscowości i wieczorami znajomi jeździli na rowerach, a ja zakładałam trampki i biegałam – robiłam sobie „piątki". W szkole średniej większość klasy wybierała pływanie. Kiedy były zawody, z kolegą obstawialiśmy bieganie, żeby nazbierać punktów dla klasy sportowej.

Płynnie przeszłaś do biegania na poziomie profesjonalnym? Biegasz amatorsko, ale Twoje wyniki robią niesamowite wrażenie!

Dwa lata temu poznałam chłopaków, którzy po prostu lubią biegać. (Przy okazji jeden z nich, Bartek, jest fizjoterapeutą i leczę się u niego kiedy coś zaczyna mi dolegać.) Oni powiedzieli mi: „Musisz zacząć trenować. Masz za dobre czasy, żeby to zmarnować. Jeśli weźmiesz się za konkretne treningi, będziesz miała wyniki". Powiedziałam: „Na to trzeba czasu! Nie wiem czy ja mam na tyle samozaparcia, żeby konkretnie trenować! Musiałabym znaleźć kogoś, kto będzie mnie trenował, a ja nie znam takiej osoby!” Chłopcy znali Staszka, który jest niesamowitym zapaleńcem – z wykształcenia filolog, z zamiłowania bokser, od 7 lat biega ultra. Sam rozpisuje dla siebie treningi. Poznaliśmy się po mojej pierwszej Krynicy, którą postanowiłam pobiec bez specjalnego przygotowania, i która była moim najdłuższym biegiem w życiu pod względem czasowym... 16,5 godziny! Odezwała się po drodze kontuzja kostki, a Bartek miał problemy z żołądkiem – i tak dokuśtykaliśmy do mety. Ostatnie 10 km, które rzekomo były najszybszym odcinkiem, my biegliśmy najwolniej ;)
Na dokończenie sezonu pobiegłam Półmaraton Cracovia – ponieważ to była triada, do statuetki brakowało medalu: po maratonie i Biegu Trzech Kopców potrzebny był jeszcze półmaraton. Stwierdziłam: „Startuję, choćbym miała to przejść, i kończę sezon”. I wtedy podjęłam decyzję, że spróbuję trenować ze Staszkiem, znajdę czas, żeby dało to jakiś końcowy efekt. Kiedy wysyłał mi rozpiski, myślałam: „Nie wiem, jak on to widzi, że ja pobiegnę w takim tempie…” No ale on pisał – ja biegłam. Nie wiem, jak to się dzieje i czasami w to nie wierzę! Ale póki zdrowotnie czuję się dobrze, i udaje się znaleźć balans między treningami a życiem rodzinnym – trenuję. Staszek prowadzi mnie już 1.5 roku.

Sylwia-Jabłońska-biegaczka-Ultra


Dwa lata temu biegłaś w Rytrze i chyba zapamiętasz ten start…

O tak! Upał, brak przygotowania, pierwszy taki dystans. Pamiętam, jak dzień wcześniej rozmawiałam z kumplem na temat końcowego podbiegu. Misza mówił tak: „Tam jest delikatny podbieg – 3 km pod hotel Perła Południa – tam to damy czadu, tam to MUSIMY biec!”.
Start był ze Słowacji. Był niesamowity ukrop, wszystkim dało się to we znaki. Na końcu był zamek, na który trzeba było wbiec i zbiec z powrotem… Tragedia! Ostatnie kilometry słaniałam się na nogach, ale pomyślałam: „On biegł, ja też dam radę!”. Wbiegłam na metę żółto-zielona… Misza czekał na mnie i powiedział tak: „Miałaś beznadziejny czas! Ale to był taki bieg, kiedy widziałem, że naprawdę dałaś z siebie wszystko… Ale ja na tym podbiegu szedłem, nie miałem już sił”.

To było przed moim pierwszym Lądkiem. Dodawałam sobie kilometry, żeby dobić do 100 km. I przetrwałam. Jak setka jest przebiegnięta, no to zostajesz ultrasem, niezależnie jaki masz czas!

No to chyba teraz radość jest tym większa! W tym roku w Rytrze przybiegłaś pierwsza open!

I byłam tym zaskoczona! Kilkanaście km biegłam z Januszem Gawronem, który rok temu w Krynicy był trzeci w Iron Run (Bieg 7 Dolin 2020, przyp. M.Sz.) Dużo rozmawialiśmy, przed nami było kilka osób. Janek powiedział, że walka zaczyna się dopiero w Rytrze, gdzie do mety zostaje ok. 30 km. Było gorąco, podejście asfaltem. Ja biegłam swoim tempem, on wystrzelił do przodu. Miał ochotę na pierwsze miejsce i kalkulował, że jak zrobi się jeszcze cieplej, konkurenci, którzy narzucili mocne tempo osłabną. Życzyłam mu powodzenia i mieliśmy się spotkać na mecie. Zobaczyliśmy się na podejściu na Radziejową – ja weszłam na punkt odżywczy, on miał już zatankowane flaski i biegł dalej. Wybiegając z punktu znalazłam się na rozdrożu, nie było tam nikogo. Z tyłu przybiegł Rafał Gabryś i pytał na punkcie, dokąd mamy biec. Odkrzyknęli: „Czerwonym!”. Droga wydawała nam się za prosta, organizator nie odbierał, nie było taśm oznaczających trasę. Byliśmy już kawałek od rozstaju… Wróciliśmy na tamto miejsce i taśmy były już uzupełnione – ktoś dla zabawy je zdjął. Potem okazało się, że my pobiegliśmy ok. 2 km w lewo, Janek – w prawo, ale przebiegł ok. 6 km. Trzeba było biec na wprost.

Czy zwycięstwo nad mężczyznami daje większą satysfakcję?

Mnie nie. Ale mam wrażenie, że chłopcy ode mnie z grupy się tym jarają :) Ostatnio przegoniłam Michała w Tatrach i powiedział: nie wierzę, że znam kogoś, kto ma tyle punktów Rate My Trail! :) (Sylwia jest 20 kobietą w Polsce według rankingu, ma 765 punktów, przyp. M.Sz.) A ja jestem zwykłą dziewczyną ze wsi, matką trójki dzieci. Nie jestem na okładkach pism o biegaczach górskich, nie jestem rozpoznawalna, nie mam takiej przeszłości jak dziewczyny, które trenują już dłuższy czas, daleko mi do ich doświadczenia i osiągnięć. Ale daję radę!

I jesteś przy tym niesamowicie skromna – nie pochwalisz się, że na Tatra Sky Marathon byłaś w elicie?

To był chyba największy stres w moim życiu! Nie sam start, ale wejście na scenę na Krupówkach! Coś takiego nawet mi się nie śniło… Bałam się, że się wywrócę, nie będę wiedziała, co powiedzieć! Jak zobaczyłam, że przedstawiono mnie jako dominatorkę biegów XRUN, powiedziałam sobie: „Skąd oni to wytrzasnęli? O rany!”. Na sam bieg namówił mnie Michał, dostaliśmy się oboje. I skoro się dostałam, stwierdziłam, że biegnę, bo Tatry są piękne!

Masz czas na podziwianie widoków?

Kiedy jestem na takiej wycieczce, gdzie spokojniej biegamy z Anetą Gumułą czy Grześkiem Banasikiem, to tak. Ale podczas biegów muszę patrzeć pod nogi, czasem tylko uda się odwrócić głowę, bo żal się nie zachwycać.

Sylwia-Jabłońska-biegaczka-Ultra


Miałaś jakieś oczekiwania względem siebie? Przybiegłaś na metę szósta.

Dystans nie był duży – biegałam już przecież więcej niż 40 km. Przewyższenie i zupełnie inny teren robiły jednak swoje. Chciałam pobiec poniżej 7 godzin, ale staram się nie kalkulować przed biegiem, bo jest zbyt wiele czynników, które mają wpływ na wynik. Zastanawiam się bardziej nad tym, żeby mieć „z czego” pobiec: zabrać odpowiednią ilość żeli, sól, wodę. Staszek uznał, że powinnam złamać 6:30. Stwierdziłam, że nie wiem jak on to widzi… a pobiegłam 5:40. Jak sama widzisz, nie biegając w takim terenie trudno oszacować, jak będzie.
Czułam pewien rodzaj presji, żeby nie zawieść, że wystawili na scenę jakąś Jabłońską i słabo jej poszło. Ale moje założenie to przede wszystkim: dobiec w jednym kawałku. Mam takie myśli, ponieważ kiedyś wylądowałam w szpitalu biegnąc 10 km! Rozumiesz? Po 10 km na asfalcie odwodniłam się i musiałam zostać na badaniach. Później dzieci i mąż się stresowali, pilnowali, żebym piła wodę. Nie chcę już nikogo tym obciążać.

A tymczasem nowy miesiąc – nowe zwycięstwo. W sierpniu odbył się Chudy Wawrzyniec i Twój kolejny sukces.

To był start treningowy – wszystko, co się dzieje, to jest przygotowanie pod Piwniczną, czyli ostatni start przed zakończeniem sezonu.
Najpierw miałam plany na 80 km, brakowało mi dłuższego startu – chodzi o czas przebywania na trasie. Staszek powiedział: „Na 80 km są Mistrzostwa Polski, więc niech dziewczyny się ścigają, a Ty spokojnie pobiegnij 50 km”.
Już podczas biegu na 6 km mijałam Kasię Wilk. Kasia biegła wtedy 80 km, które zresztą wygrała z pięknym czasem. Kiedy mijałyśmy się, powiedziała: „To ja już wiem, kto wygra 50km!”. Zaśmiałam się, nie przypuszczając nawet, że tak się stanie, życzyłyśmy sobie powodzenia i pobiegłam dalej.

Ja nigdy nie patrzę na tempo, biegnę na wyczucie. Mam włączoną tarczę z ilością przebytych kilometrów oraz czasem, żeby pilnować picia wody co 15 minut i jedzenia co godzinę. Przed schroniskiem około 26 km ludzie krzyczeli, że jestem pierwszą kobietą. Nie wiedziałam wtedy, że Kaśka Solińska nie biegnie, więc myślałam, że jednak ona jest z przodu. Na 36 km był punkt odżywczy, zostało 15 km. Na Wawrzyńcu nie kojarzę żadnego ciężkiego podbiegu. Kolega Bartek chciał mnie przygotować na najgorsze: „Tam będzie taki długi zbieg, ale potem jest siodło i podejście, które daje popalić”. Nie zarejestrowałam tego momentu podczas biegu. Tatra Sky Marathon, który odbył się dwa tygodnie wcześniej tak dał mi popalić podejściami i dał taką wytrzymałość, że w ogóle tego nie odczułam.

Przed biegiem, oglądając profil trasy Chudego przeczytałam, jaki jest rekord trasy. Kiedy biegłam i kolejno zaczęły się pojawiać kartki z informacją: 5 km, 4 km, pomyślałam, że zbyt łatwo mi to przychodzi i coś musi się po drodze wydarzyć… Skoro jednak szło tak dobrze, postanowiłam zakręcić się koło rekordu trasy – i udało się, poprawiłam go o ok. 6 minut. Mogło stać się wszystko, a stało się tak, że biegłam z racą! 40 lat na karku i takie przeżycie… to mi się nawet nie śniło.

Wzruszyłam się!

:) Motyle w brzuchu, biegnę, a tu facet odpala mi racę. „Ja mam z tym biec?” – pytam. „Tak, to dla Ciebie, jesteś pierwsza!”. Super uczucie… A na mecie czekali kumple, którzy pojechali tam specjalnie ze mną. Śmieją się, że jestem jedyną kobietą w grupie, więc mam ludzi do roboty. A chłopaki z SBG Podbieg są super, to druga rodzina i bardzo się wspieramy.

Sylwia-Jabłońska-biegaczka-Ultra


No i dochodzimy do ostatniego startu: Półmaratonu Marzanny.

Tak, to był zaległy start z wiosny 2020. Celem było policzenie się z dystansem, do którego nigdy nie miałam szczęścia. Przygotowywałam się przez 1.5 tygodnia i jak zwykle brałam to, co w dniu startu dawał mi los. Biegłam zgodnie z planem, nie podpalałam się. Na 19 km wyprzedziłam zawodniczkę, potem szybkie 2 km i wpadłam na metę z uśmiechem i zapasem sił. Ostatecznie poprawiłam życiówkę o 16 minut i z czasem 1:26:10 zdobyłam 3 miejsce open kobiet.

No to teraz wszyscy chcą wiedzieć: jak to się robi. Jak trenujesz i jak się przygotowujesz?

Mam treningi 4 razy w tygodniu. Poniedziałek, wtorek, czwartek, sobota. W poniedziałki przeważnie są to treningi w drugim zakresie (u mnie dolne widełki, takie komfortowe, to między 4:10 a 4:15). We wtorki cross, albo z zadaniami albo spokojniej, przewyższenia do 400m – chodzi o to, by była zmiana podłoża. W czwartki wytrzymałość tempowa, a w soboty długie wybiegania. Wszystko ustala Staszek i mówi, że to jeszcze nie jest moja górna granica. A gdzie ona jest? Tego nie wiem. Tłumaczę sobie to tak, że nie mam żadnych biegających przodków, więc to geny i zrzucam winę na dziadka. Całe życie pracował w polu, i ja całe dzieciństwo pomagałam przy żniwach, sianokosach, wykopkach. A dziadek pracował w polu do osiemdziesiątki. Ale też chodził na grzyby, nie było go godzinami. Mam jeszcze takie wspomnienie, że zawsze przynosił nam, dzieciakom, poziomki nadziane na źdźbła trawy. To chyba po nim mam wytrzymałość – to jedyne wytłumaczenie. Czasami, choć rzadko, mam momenty kryzysowe – i myślę wtedy o nim, a to mnie napędza!

Silna po dziadku! A czy możesz też powiedzieć dziewczynom coś o swojej diecie?

Podczas biegów nie jem dużo: pomarańcze, żele, woda – to co się dla mnie sprawdza. A na co dzień? Miałam moment, kiedy metabolizm stanął w miejscu. Nie mogłam nic z tym zrobić! Zaczęłam szukać i trafiłam na stronę mojej koleżanki, która sama zaczęła inaczej się odżywiać mając różne problemy. Kamila zachęciła mnie, żebym spróbowała postu przerywanego – może to na mnie zadziała. To nie jest żadna głodówka! Chodzi o to, by znaleźć w ciągu doby ośmiogodzinne okno żywieniowe, kiedy jemy 4-5 posiłków co 1,5-2 godziny. One pozwolą ruszyć metabolizm i utrzymać taką wagę ciała, jaka jest odpowiednia dla danej osoby. Przez kolejne 16 godzin przyjmuję wodę, można też pić kawę. Do wody dodaję kurkumę lub sól himalajską, ocet jabłkowy. Ważne jest też to, by przerywać post czystym białkiem. Ja wybieram mięso, dorzucam ostre przyprawy, przygotowuje na oleju kokosowym. I uwielbiam kiszonki! Popijam mięso sokiem z ogórków i to jest moje śniadanie!

Czyli rano można Cię zastać jak popijasz kurczaka sokiem ze słoika?

Tak :D No i jeszcze sok z buraków z cytryną i papryką po ciężkich treningach, ciężkich startach. Bardzo odbudowująca rzecz. A na noc dobrze jest połączyć zdrowe tłuszcze z białkiem. Robię sobie omlet z awokado, pastę jajeczno-awokadową. Posiłek poranny i wieczorny jest kluczowy. Dzięki tłuszczowi na noc łatwiej mi wytrzymać do śniadania. I tyle!

Mamy trening, mamy odżywianie i nie mogę nie zapytać o odzież, w której trenujesz i startujesz. Masz swoją ulubioną rzecz Nessi?

Na biegach górskich najlepiej biega mi się w spódnicach i wiąże się z tym pewna historia. Aneta pożyczyła mi na próbę spódniczkę Grove i… roztargałam ją felernym rzepem! Znalazłam taką samą, odkupiłam ją. Aneta jej nie chciała, bo właśnie w tamtej konkretnej przebiegła Rzeźnika… No i ta odkupiona została u mnie, mam ją do dzisiaj. W spódniczkach Nessi lubię kieszeń, która jest bardzo przydatna – choćby na śmieci, które zostają mi po żelach: zasuwam kieszeń i wiem, że nic nie wypadnie. I w dodatku te spódniczki rewelacyjnie schną! Lubię też koszulki Ultra. No i daszki! Uwielbiam je – najlepiej mi się w nich biega: zasłania twarz, pot ścieka po daszku. To jest ten zestaw, który kocham!

Co poradziłabyś innym #nessigirls?

Iść za marzeniami. Każde postawienie sobie celu i dążenie do niego małymi krokami jest istotne. Warto marzyć, a po drodze może się wydarzyć mnóstwo rzeczy, które nawet nie przyszłyby człowiekowi do głowy!

Pozostaje nam trzymać kciuki za Piwniczną – jestem pewna, że wszystkie #nessigirls i cały zespół Nessi będzie Ci kibicować!

Dzięki! Mam nadzieję, że poprawię mój czas, i że spotkam się z wieloma osobami na Zlocie Nessiaków :)

Kiedy przesłałam Sylwii wywiad do autoryzacji, napisała coś fantastycznego: Mam nadzieję, że nikogo nie pominęłam, bo na mojej drodze spotykam wiele wspaniałych i życzliwych mi osób, które mnie wspierają, wierzą we mnie i mi pomagają. Mam ogromne szczęście, wsparcie męża – który jeszcze nie wystawił walizek za drzwi, dzieci, które trzymają kciuki za mnie, rodzinę, znajomych i przyjaciół, którzy kibicują. To, co się dzieje, to fantastyczna przygoda, która mam nadzieję potrwa jeszcze trochę.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone (*) są wymagane
W górę